Maroko5

Maroko→Fez→ Medyna w Fezie czyli pseudoprzewodnicy, smród orientu i łeb wielbłąda na haku

Kiedy późnym wieczorem z lotniska do Fezu i samotnie zagłębiłem się w uliczki medyny, przyznam, że po kilku minutach miałem duszę na ramieniu. Wąskie uliczki były ciemne, brudne i zapuszczone, co kilka metrów mijałem grupki młodych łebków i niemal co drugi z nich mnie zaczepiał, idąc za mną i usiłując coś pokazać. Odganiałem się od nich jak od końskich much, ale zaraz pojawiali się następni- coraz bardziej natrętni. Rozpaczliwie, jak dzikie zwierze zagnane w pułapkę, miotałem się na krótkim odcinku drogi w tę i z powrotem, szukając uliczki przy której znajdował się mój hotel. Jednak nie miałem najmniejszej szansy, żeby go znaleźć- choćby z powodu braku jakichkolwiek tabliczek z nazwami ulic. W końcu, kiedy wobec mojej kolejnej odmowy udzielenia pomocy przez kolejnych mijanych łebków usłyszałem siarczyste przekleństwa po angielsku, pomyślałem sobie tylko: „Gdzie ja do cholery, trafiłem”?

Maroko6
Strzeż się tych miejsc. Zwłaszcza po zmroku…

To proste- trafiłeś, naiwny Michale, do największej na świecie medyny. A co to jest, Drogi Czytelniku? Powiedzmy, że arabskie stare miasto- tyle, że starsze od większości starówek w Europie, bo mające kilkaset lat i praktycznie niezmienione od początku. W ogóle nazwa „stare miasto” zupełnie nie oddaje charakteru medyny. Myśląc bowiem: stare miasto, widzisz pewnie piękne i pieczołowicie odrestaurowane kamienice, starannie wybrukowane uliczki, uroczo staroświeckiego kataryniarza w cylindrze i do tego pewnie jeszcze Złotą Kaczkę dostojnie pływającą w podziemiach. Czyli pstrokaty, kiczowaty i jakże bezpieczny obrazek rodem z tanich landszaftów malowanych na rynkach starych miast całej Europy.

Maroko4
Jedna z bram do medyny

Natomiast w medynie…to już zupełnie inna para kaloszy. To nigdy niekończący się labirynt krzywych, brudnych i bardzo ciasnych uliczek, często ciemnych i przypominających raczej szczurze labirynty w ścianach. W Fezie na terenie medyny znajduje się ponad 9 tysięcy ulic. Wyobrażasz sobie?
Dookoła czujesz charakterystyczny zapach, eee tam- nazywajmy rzeczy po imieniu: smród, który jest nieporównywalny z niczym innym. Będziesz go czuć tutaj przez cały czas. Nad Tobą jest plątanina dziwnych samoróbnych konstrukcji, kabli, anten, desek, szmat i pseudo daszków. Tynk odpada ze ścian i nie ma chodników, więc kiedy akurat przejeżdża ktoś na osiołku (tak, tak- oprócz dwukołowych wózków to najlepszy tutaj środek transportu towarowego), musisz mocno przytulić się do ściany, chyba że Twoim fetyszem jest potem śmierdzieć przez pół dnia, smagnięty brudnym workiem jutowym zawieszonym po bokach sympatycznego kłapoucha.

Maroko5
Osiołek w pracy

I jeszcze ten tłum- ludzie tutaj ciągle gdzieś idą, ciągle się spieszą- tysiące postaci okutanych w grube szaty do ziemi: kobiety szczelnie zasłaniające twarze burkami i wypaleni od słońca poważni mężczyźni. Młode chłystki, starzy żebracy w łachmanach i tylko gdzieniegdzie mignie Ci zagubiony, tak jak i Ty turysta. Uważaj żeby nie wdepnąć w zwierzęce odchody, co nie powinno cię dziwić ze względu na wysokie stężenie występowania bezpańskich kotów na metr kwadratowy.

Maroko1
Konkurs: ile kotów jest na załączonym obrazku?

No i jeszcze coś- tutaj jesteś ciągle zaczepiany. Mniejsza o handlarzy ( i ich słynne: „hello, my friend”- swoją drogą to nie wiedziałem, że mam tylu przyjaciół w tym miejscu). Gorszym, ale jakże charakterystycznym i nieodłącznym dla Maroka elementem są tzw. fałszywi przewodnicy. Wiedząc, że osoba z zewnątrz gubi się tutaj średnio dziesięć razy na godzinę, podchodzą do Ciebie i proponują Ci pomoc. Oczywiście w natarczywy, nachalny i jakże wschodni sposób, nie odpuszczając upatrzonej ofiary przez co najmniej minutę. Jeśli odmówisz (tak jak ja robiłem to konsekwentnie przez cały czas mojego pobytu tutaj), to w najlepszym czasie oczekuj kilku słów w stylu „Good bye”, czy też „Polonia- Lewandowski” (swoją drogą, to niezmiennie ciekawi mnie, jak oni tak błyskawicznie poznają z jakiego jesteś kraju?), a w najgorszym- siarczystych przekleństw w swoim charczącym języku, albo i krótkiego acz treściwego międzynarodowego zwrotu na literę „F”.
Jeśli się zgodzisz poprowadzić swojemu nowemu przyjacielowi- prawdopodobnie wylądujesz w sklepie kuzyna/wuja/stryja/ojca/brata swojego przewodnika (niepotrzebne skreślić), a twój dobroczyńca będzie chciał od ciebie pieniędzy za pokazanie tego miejsca, agresywnie reagując na twoją odmowę zapłaty.
Ponieważ mam blisko dwa metry wzrostu i blond włosy, zatem propozycje od przewodników otrzymywałem mniej więcej co trzy minuty. W końcu nie wytrzymałem i założyłem kaptur na głowę, a na twarz ciemne okulary. Pomogło! Częstotliwość zaczepiania mnie spadła do jakichś 10 minut. Pełen sukces! Sprawdzony sposób- polecam…

Maroko7
Zatłoczone uliczki medyny

I jeszcze ten wszechobecny handel dookoła- to paradoksalnie chyba jedyny prawdziwie zorganizowany element tego miłego pierdolniczka. A może się mylę? Może wszystko dookoła to tylko pozorny chaos, a faktyczny porządek jest niewidoczny dla nas, Europejczyków? Przecież wszystko tutaj trwa w niemal niezmienionej formie od setek lat i funkcjonuje sobie z powodzeniem, musi zatem mieć jakiś sens! W każdym razie w medynie handel sam się pięknie zorganizował i pogrupował w całe zagłębia wyspecjalizowane w danej dziedzinie. Srebrne, misternie rzeźbione imbryczki? Proszę- tutaj masz całą alejkę. Cieknące od miodu i tłuszczu piramidki z zabójczo kalorycznych słodyczy? Kochany- nie uciekniesz od nas- tu jesteśmy i uśmiechamy się do Ciebie z dwudziestu trzech kramów stłoczonych koło siebie. Odurzające bogactwem zapachów orientalne przyprawy? Tutaj, tutaj. A może chcesz kupić ukochanej porządny miedziany garnek, żeby nie gotowała w tej gówniano- blaszanej chińszczyźnie? Ano widzisz- w tych wnękach pracuje w sumie pięćdziesięciu rzemieślników i któryś na pewno wyklepie jej ten wymarzony. A czujesz ten zapach smażonego mięsa i dym unoszący się z tamtego miejsca? To tam właśnie zjesz kanapkę ze smażonymi kiełbaskami merguez, oliwkami i piekielnie ostrą pastą chilli harissą. To istne niebo w gębie- będziesz głupi jak się nie skusisz!

IMAG0802-crop
Uliczny fast food w wersji lux, bo na talerzach

Towarów tutaj od groma i rzeczywiście wszystko poraża mnogością smaków, zapachów i widoków. Mnie w każdym razie poraził na pewno widok wielbłądziej głowy wiszącej na haku- może ktoś jest głodny?

Maroko2
Wielbłąd saute- propozycja podania

Nie? To może wybierzesz sobie kurkę? Mamy tutaj kilka- jedna obok drugiej. Nie ruszają się, bo ta stara pani co nimi handluje związała im sznurem nóżki. Którą wybierasz- brązową? Daj mi chwilkę, tylko zamachnę się siekierką- o już się nie rusza. Na rosół jak znalazł.
I w sumie to właśnie ta mnogość zapachów, smrodu, brudu, klaustrofobicznych korytarzy, tłumów ludzi, ciągłego hałasu i przekrzykiwania się, tworzy to „coś”- ten nieuchwytny klimat, który trwa tutaj nieprzerwanie od setek lat.

Nie ogarniaj tego swoim europejskim i praktycznym rozumem-po prostu zanurz się w bogactwo doznań i zmysłów. Zapomnij o mapie-zgub się (co nie będzie specjalnie trudne), patrz, słuchaj, wąchaj i chłoń całym sobą wszystko co dzieje się dookoła. Albo to pokochasz albo znienawidzisz i nie będziesz chciał wrócić tu nigdy.
Najciekawsze jest to, że cały gwar, tłum i hałas tego miejsca kończy się około 21:00. Po tej godzinie będzie tutaj pusto i na swój sposób niebezpiecznie, o czym przekonałem się, kiedy po raz pierwszy zawitałem późna porą do medyny. Ale to już opisałem na początku tego tekstu i zawsze możesz, Drogi Czytelniku, przeczytać to jeszcze raz…

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub mój blog na Facebooku!

————————————————————————————————————-