mad18

Madagaskar→brudne banknoty, buty po zmarłym wuju i pechowa randka, czyli Alfabet Madagaskaru (cz.3)

„G” JAK GOTÓWKA

Tutejsza waluta, ariary – powiedzmy to sobie szczerze – nie należy do głównych walut świata i nie jest tak powszechnie znana jak euro, funt czy dolar.

Twój bank wolałby zapewne udzielić ci kredytu we frankach szwajcarskich. A nawet jakbyś trafił na bankowca z ułańską fantazją, który pożyczyłby ci na ukochane mieszkanie na Białołęce i wypłacił pieniądze w ariarach, to i tak musiałbyś podjechać po gotówkę ciężarówką, bo tej walucie niewątpliwie przydałoby się obcięcie o jedno lub dwa zera.

Jeden euro to odpowiednik jakichś 3500 ariarów. Zresztą- pisałem już o tym w pierwszej części Alfabetu Madagaskaru.. A więc szybko staniesz się tutaj milionerem, twój portfel będzie stale wypchany dużą ilością gotówki, tylko tak naprawdę… ciągle będziesz ubogi. Choć przecież najważniejsze, żebyś był bogaty duchem, prawda? Tak właśnie się pocieszam od kilku lat – polecam, bo to działa!

MAD11

I jeszcze jedno – tutejsze pieniądze mogłyby stanąć do konkursu na najbardziej brudną i zniszczoną walutę świata. Czy naprawdę włodarze Madagaskaru nie mogliby raz na jakiś czas dokonać wymiany banknotów na nowe? Bo bardzo by się im się to przydało. Choć i tak lemur na banknocie bardziej do mnie przemawia, niż posępny, brodaty Mieszko na 10 polskich złotych.

I na koniec najlepsze – wymiana pieniędzy to tutaj chyba całkiem dochodowy interes, a także okazja do poznawania nowych ludzi. Wystarczy tylko rzucić hasło: change money w hotelu czy restauracji, a za chwilę podjedzie do ciebie lokalny bonzo, który z przyjemnością sprzeda ci każdą ilość waluty. A ty będziesz miał okazję poczuć się zupełnie jak w latach osiemdziesiątych pod hotelem Victoria w Warszawie.

————————————————————-

„H” JAK HANDEL

„Kto handluje, ten żyje”. Ten tekst piosenki pasuje do wyspy jak ulał. Tu się handluje wszystkim i wszędzie!

Zerwałeś siedem bladych pomarańczy z drzewka za domem? Od razu siadasz ma zydelku, rozkładasz je na kawałku blachy falistej i już masz swój pierwszy sklep w życiu. Prawda, że łatwe? I tak tu wszystko właśnie działa. Bez kontroli, otyłych i upierdliwych pań z sanepidu i tych wszystkich urzędowych pierdół.

mad16

Zostały ci stare, schodzone bambosze po zmarłym wuju? Nie zmarnują się – po prostu wystaw je koło tych anemicznych pomarańczy, a na pewno ktoś, prędzej czy później, się skusi. W twoim przedsionku stoją nieużywane dwie miotły? Wystaw je także, ktoś je kupi na pewno, bo na Madagaskarze panuje zasada: tutaj nic się nie może zmarnować.

A czym odmierzysz klientowi określoną ilość fasoli czy ryżu, skoro nie funkcjonują tu wagi? Ano, miary są dwie: mała i duża pusta puszka po konserwach. Prawda, że to proste?

mad13

Jak znaleźć taki lokalny sklepik?

To już jest nieco trudniejsze, bowiem szyldy tutaj nie funkcjonują i należy być po prostu czujnym.
Czasami rolę sklepu pełni wspomniany wcześniej kawałek blachy, na którym leżą owoce, innym razem jest to stoisko zbite z czterech patyków i deski, a kiedy indziej zakupy zrobimy w małym, niepozornym okienku w domku z bambusa.

mad14

Wieczorem właściwe miejsce wskaże ci mała żarówka, która smętnie wisi nad równie smętnym asortymentem owego supermarketu…W Polsce użyłbyś jej co najwyżej jako świetlika nad wychodkiem, żeby komary widziały dokładnie tyłek, który będą kąsać, a tutaj – to prawie jak latarnia, dumnie oświetlająca wystawiony towar.

Madagaskar to w gruncie rzeczy jedno wielkie targowisko.

mad19

————————————————————-

„I” JAK… ILOŚĆ KILOMETRÓW A CZAS PODRÓŻY.

Wyobraź sobie, drogi czytelniku, że jesteś w Radomiu.

Otóż mieszkasz na co dzień w tym mieście i… razu któregoś zapragnąłeś umówić się z piękną nieznajomą w Warszawie – najlepiej jeszcze tego samego dnia (a masz zapewne wobec niej niecne plany, łobuzie!).

Biorąc pod uwagę, że oba miasta dzieli dystans stu kilometrów i łączy szeroka, dwupasmowa droga, bezpiecznie ustawiasz swoje rendez-vous za trzy godziny.

Masz 99 procent szans na to, że dotrzesz na czas, a jeśli przyjedziesz trochę wcześniej, to zdążysz jeszcze umyć zęby i walnąć dla kurażu setkę wiśniówki w toalecie w Złotych Tarasach.
A teraz wyobraź sobie, że masz taki sam plan wobec pięknej i czarnoskórej pani na Madagaskarze. Masz do niej także 100 km… i niecne plany co do niej zapewne też, huncwocie!
Umawiasz się z nią za trzy godziny, kupujesz na drogę wiśniówkę… no i co?
I nic, chłopaku!

mad18

Po pierwsze – tutaj nieco poczekasz na swój transport. Taxi-brousse, czyli wypełniony po brzegi i rozklekotany busik wyruszy dopiero wtedy, kiedy zbierze się komplet pasażerów (przy czym komplet oznacza tutaj jakieś trzykrotne przepełnienie auta), a kierowca zdoła umieścić wszystkie drewniane skrzynki, pękate torby, klatkę ze świnią i dwie szafki kuchenne na dachu pojazdu.

Raz czekałem dwie godziny na odjazd mojego taxi-brousse… a i tak w końcu nie przyjechał.
No ale załóżmy, że masz więcej szczęścia, fartowny ancymonie, i twój bus po jakimś czasie w końcu rusza. „Nadrobimy po drodze” – myślisz sobie, nieco nerwowo patrząc na swój tani chiński zegarek i popijając kolejnego łyka wiśniówki.

I tu się znowu mylisz, o naiwny! Bo stan dróg na Madagaskarze jest katastrofalny. Dziury mające 40 cm głębokości są tu czasami szersze niż sama droga. Jazda samochodem przypomina slalom – raz droga, na przykład, schodzi do rzeki, a innym razem prowadzi po prowizorycznym mostku z dwóch kawałków drzewa. Ogólnie rzecz biorąc – dramat. Jeden wielki dramat.
mad20
Czas jazdy jest tutaj absolutnie nieprzewidywalny, a jeszcze do tego awarie starych taxi brousse, podczas których czekasz na poboczu aż kierowca usunie usterkę, są tutaj na porządku dziennym.
Przykład? Jechałem 20 km przez półtorej godziny, a innego dnia dystans 100 km przebyłem w blisko 6 godzin…
I co ty na to, lowelasie?

mad21

Obawiam się, że przez ten czas twoja piękna pani ulotni się zniecierpliwiona w nieznanym kierunku, a ty zostaniesz sam na pustym dworcu z tym swoim tanim chińskim zegarkiem. Nie zdążysz też kupić kolejnej butelki wiśniówki, którą będziesz chciał zapić swoją miłosną porażkę, bo zamkną ci monopolowy przed nosem.

I nawet zębów nie umyjesz, bo okaże się, że zgubiłeś szczoteczkę. Razem z portfelem.

Ech, życie…

Pełną wersję „Alfabetu Madagaskaru”, przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj

————————————————————————————————————-