f12

Sri Lanka→Fort Galle, czyli jak zostałem (no prawie) beksą.

„Mamo, zabierz mnie z kolonii” – łkałem wieczorową porą, kiedy wychowawca zamknął już drzwi do pokoju w pensjonacie. – „Ja tu nie chcę być, nie podoba mi się” – darłem się wniebogłosy jak beksa, wycierając mokry nos w pidżamę. Miałem naprawdę dość Sri Lanki i już! Niestety – mama była bardzo daleko, a ja nie miałem żadnej możliwości, żeby wrócić stamtąd wcześniej. A zatem pozostał mi tylko niemy sprzeciw i ciche, pełne rozpaczy kwilenie pod kołdrą.

Tak było, uwierzcie mi! No, może nie do końca tak samo – bo jednak nie płakałem i nie wołałem do mamy (cholera, mam w końcu te 37 lat, nie wypada chyba?), wychowawcy też nie było (przebywałem na Sri Lance prywatnie, bo zorganizowanych wyjazdów unikam jak ognia), pidżamy także nie używam, ale poza tym, to jedna rzecz się na pewno zgadzała. A mianowicie miałem serdecznie dość tego zakątka świata.

DSC07346-crop

Po kilkunastu dniach na wyspie miałem już „pod korek” codziennego upału, robaków, smrodu na ulicach, w barach i hotelach, wiecznego tłoku, hałasu i trąbienia samochodów, które tutaj słyszy się mniej więcej co sekundę. A także targowania się z handlarzami, odganiania od namolnych taksówkarzy, naciągaczy i kierowców tuk tuków, jednym słowem – miałem dość Sri Lanki. Z tego co wiem z rozmów z innym podróżnikami, większość z nich choć raz przechodziła taki moment kryzysu, który następował zazwyczaj w egzotycznych krajach – jakże różnych od bezpiecznej i oswojonej Europy. Prym w tamtych opowieściach wiodą najczęściej Indie, które potrafią dać w kość niejednemu mniej doświadczonemu turyście, bo kiedy podczas obiadu w ulicznym barze tuż obok nas, prosto na krawężnik załatwia się stary, bezdomny Hindus… no cóż – i święty by nie wytrzymał.

f11

A zatem kiedy po kolejnym dniu na Sri Lance, który spędziłem w parnym autobusie pamiętającym lat 60. XX wieku, wytrząśnięty do granic możliwości na tutejszych dziurach i cały oblepiony brudem, dotarłem do jednej z nadmorskich miejscowości, która jednak okazała się zabitą dechami wsią z brudną i cuchnącą plażą… przyznam, że wymiękłem. A gdy chwilę później jeszcze dodatkowo oszukał mnie gruby i mały taksówkarz o wyglądzie i aparycji spasionego szczurka, usiadłem bezradnie na czymś, co 30 lat temu było krawężnikiem i pomyślałem, że chyba mam dość tego wyjazdu kolonijnego.

f10

I gdyby przechodząca akurat obok mnie miła staruszka znała język polski, to mogłaby jeszcze dodatkowo nauczyć się jakichś 50 przekleństw, które wtedy wywrzeszczałem na głos w swojej bezsilności. Choć sądząc po tym, że nagle przyspieszyła wnioskuję, że znajomość języka nie była jej do niczego potrzebna, bo od razu się zorientowała – po mowie mojego ciała, gestykulacji i tonie głosu – że ten czerwony i drący się ze złości Europejczyk jest raczej w nastroju „nieprzysiadalnym”.

DSC07343

Złapałem na  szczęście ostatni autobus z tej przeklętej wiochy do najbliższego miasta, którym okazało się Galle. I wiecie co? Kiedy kolejnego dnia trafiłem tam do zabytkowego Fortu i przekroczyłem jego bramę, zrozumiałem, że znalazłem się we właściwym miejscu i we właściwym czasie. Muszę się Państwu przyznać, iż nie sądziłem, że nadmorska część miasta Galle, która pełniła kiedyś, w czasach kolonialnych funkcję obronnej fortecy, ogrodzona masywnymi, ciężkimi murami, jest w istocie bramą do innego świata. Dużo mniej chaotycznego, hałaśliwego, brudnego i nieuporządkowanego niż pozostała część Sri Lanki, a nawet – niż pozostała część miasta Galle.

f9

Tutaj wchodzimy do małej, pachnącej historią enklawy Europy w samym środku tej azjatyckiej wyspy. Ba – w jednej chwili znajdujemy się w urokliwym, angielskim miasteczku, bo to przecież Anglicy, jako ostatni z kolonizatorów wyspy, mieli we władaniu Sri Lankę.

f13

A zatem tuż po wejściu przez wielką bramę za mury twierdzy, wchodzimy niespodziewanie pomiędzy ładne domki z podcieniami, pokryte gustowną czerwoną dachówką i wzniesione w charakterystycznym kolonialnym stylu. Mijamy okazałą wieżę zegarową, kościół anglikański, bibliotekę. Zagłębiamy się w labirynt brukowanych uliczek, które spokojnie mogłyby zagrać w jakimś szacownym brytyjskim filmie o Herkulesie Poirot, rozwiązującym zagadkę tajemniczej śmierci okropnie bogatego lorda na angielskiej prowincji.

f3

Mijamy gustowne pensjonaty, puby, restauracje i kawiarenki, w których możemy napić się najprawdziwszego espresso lub latte, a nie tej paskudnej zalewajki w stylu „srilańskim”. I jeszcze jedno: na ulicach spotykamy mnóstwo Europejczyków szukających, jak podejrzewałem, chwilowego wytchnienia od azjatyckiego sznytu, którego na wyspie mogli mieć po prostu dość.

f5

Nawet nazwy tutejszych ulic: Church Street, New Lane czy Middle Street wskazywały na wybitnie brytyjski charakter tego miejsca. Ponieważ cały Fort Galle jest położony na czymś w rodzaju półwyspu, zatem każdą z tych uliczek wcześniej czy później dojdziemy do brzegu Oceanu Indyjskiego, wzdłuż którego wznoszą się dumne i masywne mury twierdzy, które broniły dostępu do miasta przed wiekami, a dzisiaj pełnią rolę deptaku. Możemy tam też podziwiać okazałą i zabytkową latarnię morską – jeden z symboli Fortu.

f8

I kiedy spacerowałem sobie po uliczkach tej niezwykłej dzielnicy, uświadomiłem sobie, że sielankowy obraz tej europejskiej enklawy w Azji nieco jednak trzeszczy w szwach.

f1

Bo przecież tutejsza poczta wygląda jak stara obora, w której ktoś postawił jedną kasę pancerną i trzy biurka pamiętające odległe lata 60., bo wszędzie nad ulicami znajduje się chaotyczna plątanina kabli, natomiast po ulicach przemykają tuk tuki, a i hinduski zaklinacz kobry na deptaku też nie pasuje do statecznego, brytyjskiego miasteczka, ale co tam: ważne, że przez kilka godzin odpocząłem trochę od Azji i od momentu wizyty w tym miejscu przestałem po nocach siorbać nosem z tęsknoty za miłą, czyściutką i bezpieczną Europą.

f4

Zatem: wkurzeni Sri Lanką – marsz do Fortu Galle. Uspokoicie się trochę, napijecie meliski, nabierzecie sił witalnych a także nowych chęci do kontynuowania swojej podróży, co zaświadcza swoją skromną osobą autor tego artykułu.

Nowe i niepublikowane opowieści z moich podróży przeczytasz w książce „Miejsce Za Miejscem, czyli podróże małe i duże”. Kliknij tutaj, żeby kupić książkę.

Chcesz być na bieżąco? Kliknij tutaj i polub ten blog na Facebooku!

Audycja „Miejsce Za Miejscem”- w każdy wtorek o 10:20 na antenie Radia Dla Ciebie oraz na: www.rdc.plArchiwalnych audycji można posłuchać tutaj.

————————————————————————————————————-